Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdział 19. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozdział 19. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 kwietnia 2014

Rozdział 19

https://www.youtube.com/watch?v=r7ujSKaWRR8


"Nigdy nie ufaj komuś w stu procentach, bo każdy jego uśmiech to kolejny nóż za plecami, jaki na ciebie szykuje."

Kiedy biegłam wcześniej wydeptaną ścieżką, gałęzie obijały moje ciało, tworząc na nim zadrapania i siniaki różnej wielkości. Mój oddech był głośny i z każdą chwilą coraz trudniej łapałam powietrze. Ból, jaki czułam właściwie wszędzie, przedzierał się do mojego umysłu i nie pozwalał na myślenie o czymkolwiek innym. Zdawałam sobie sprawę, że bieg w moim stanie jest gwoździem do trumny, ale nie miałam wyjścia. Musiałam uciekać póki miałam okazję. Ignorując krew, która ostentacyjnie płynęła z rany na czole, przemierzałam dalej przez las na tyłach domu. Och, jakież to głupie posunięcie. Założę się, że nie dotrę nawet do połowy tego cholernego zagajnika, a oni już mnie dościgną. Przecież nie jestem Paulą Radcliffe*! 
Słońce powoli wracało do życie, co jednocześnie ułatwiało i utrudniało moją ucieczkę. Więcej światła oznaczało mniej wywrotek, zadrapań i błądzenia, ale oznaczało także, że wszyscy mieszkańcy domu zorientują się, że zniknęłam. Nie chcę być w swojej skórze, kiedy, nie daj Boże, zostanę złapana. Louis mnie zabije! Stop! Evie, nie mogłaś tam zostać!
Otrząsnęłam się i ruszyła dalej. Każdy krok przyprawiał mnie o mdłości i musiałam naprawdę mocna zaciskać zęby, aby nie zwrócić zawartości żołądka. Od czasu pobudki wciąż kręciło mi się w głowie i chwilami dawałam się złapać na próbuje omdlenie. Cóż, z moimi obrażeniami powinnam biegać po szpitalnych korytarzach, a nie lesie, gdzieś na zadupiu w Los Angeles. Krajobraz powoli zaczął się zmieniać, gęste pasma liściastych drzew, był zastępowane przez pojedyncze buki i niewielkiej wielkości krzewy. Mimo, że nadal miałam słabą widoczność, mój słuch działał wyśmienicie. Słyszałam cykanie świerszczy, trzepot liści na wietrze, a także... zaraz! Czy to...samochód? Jeśli wyobraźnia nie płata mi figli, to jestem naprawdę blisko drogi! To może być szansa na ratunek! Przyśpieszyłam kroku i już po chwili znajdowałam się przed asfaltową powierzchnią, po której co jakiś czas przejeżdżało auto. Chwytając się za brzuch, zgięłam się w pół i już miałam opaść na ziemie, kiedy zorientowałam się, że jeszcze nie jestem bezpieczna. 
Przez kolejne pięć, może sześć minut czekałam na jakikolwiek środek transportu, powoli traciłam nadzieję. Cholera! Podobno LA i Las Vegas to dwa miasta, które nie śpią, jest bodajże piąta nad ranem, a oni nagle posnęli?!" 
- Jest! - krzyknęłam sama do siebie.
Dwa oślepiające reflektory kierowały się wprost na mnie. Podbiegłam na środek ulicy, uniosłam do góry ręce - na tyle, na ile pozwalały mi siły - i zamachałam nimi.
- Hej! - ruszałam dłońmi na zmianę w prawo i w lewo - Zatrzymaj się! Stój! 
Odsunęłam się kawałek, a biały mustang zahamował. 
Jestem uratowana.

~Godzinę wcześniej~

Co się stało? 
Dlaczego jestem cała mokra?
Dlaczego całe moje ciało boli mnie, jak po kilkudniowym maratonie?
Czy ja lezę na podłodze?
To tylko kilka z wielu pytań, jakie towarzyszyły mi zaraz po obudzeniu się.
Mój wewnętrzny instynkt podpowiadał mi, że coś jest nie tak. Że to nie zwykła pobudka.
Mimo, że nadal miałam przymknięte oczy, wiedziałam, że nie nastał ranek. Było zbyt ciemno. 
Trzeba to wyjaśnić i to jak najprędzej. 
Spróbowałam się podnieść, ale bez skutku. Byłam cała obolała, każda, nawet najmniejsza kostka płonęła żywym ogniem, gdy tylko się poruszyłam. W końcu podniosłam obie powieki naraz. Nie było czego odwlekać.
To co zobaczyłam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Krew była wszędzie, na dywanie, na pościeli, na ścianach. 
Na moich ubraniach.
O Boże. Nie.
Mój umysł pracował na zwolnionych obrotach, informacje docierały do mojego mózgu, ale on nie przetwarzał ich, jak należy.
Co się wczoraj stało?
Delikatnie, omijając rany i siniaki, potarłam czoło i próbowałam cofnąć się we wspomnieniach.
Obudziłam się wtulona w Louisa, włączyłam telewizor i...
I zostałam pobita.
Masakrycznie obito mi mordę!
Nie mogę uwierzyć, że zrobił to Louis. Ten samo chłopak, który przytulał mnie i całował na dobranoc. Który jeszcze niedawno wyznał, że coś do mnie czuje. Czy kiedy poniosła go furia już o tym nie pamiętał?!
Nie mogę tego tak zostawić. Zawsze istnieje możliwość, że zrobi to ponownie, i ponownie, i ponownie. 
Na tyle szybko, na ile potrafiłam podniosłam się i spojrzałam na elektryczny zegarek ustawiony obok telewizora. Jego wyświetlacz wskazywał trzecią pięćdziesiąt siedem. Zaraz będzie świtać, więc mam mało czasu na obmyślenie planu i zrealizowanie go.
Evie, słonko, na co ty się piszesz? Chcesz uciec grupce zabójców? Bandziorom, którzy nazywają pistolety niczym ulubione zwierzątka? 
Chociaż szczerze, moja wewnętrzna duma podpowiadała mi, że właśnie tak wolę zginąć. Ze świadomością, że zrobiłam wszystko, by przetrwać
Najszybciej, jak umiałam nasunęłam na stopy trampki i jeszcze raz rzuciłam okiem na zegarek. 
- Dam radę - pocieszyłam samą siebie.
Uchyliwszy drzwi, zanim zrobiłam krok, upewniłam się, że nikomu nie wzięło się na nocną przechadzkę po domu. Jak na razie było czysto. 
W duchu dziękowałam Bogu, że żaden z tych cholernie drogich, włoskich paneli, nie skrzypi pod moim ciężarem. To na pewno by mi nie pomogło. 
Kiedy już znalazłam się na dole, podbiegłam do drzwi wejściowych i pociągnęłam za klamkę. 
Cholera.
- No dalej. - warknęłam cicho pod nosem. - Nie rób mi tego, nie możesz być zamknięta. 
Lecz żelastwo nie ustępowało. 
No jasne, właśnie to mnie zabije. Klamka wydała na mnie wyrok! 
Byłam w tym domu od niedawna, nie miałam prawa wiedzieć gdzie jego właściciel chowa klucze. Może nawet ma je cały czas ze sobą. 
Mimowolnie wsadziłam do ust kciuka i zaczęłam obgryzać jego paznokieć. 
Krążąc wokół własnej osi, rozejrzałam się dookoła. Stół, telewizor, kanapa, okno.
Okno! 
Mój Boże, dlaczego wcześniej na to nie wpadłam?!
Zbliżyłam się do niego i podniosłam zasuwkę. Czarny plastik natychmiast załapał i wydał z siebie ciche piśnięcie. Bez problemu uniosłam szybę ku górze, tym samym umożliwiając sobie dalszą ucieczkę. 
Zaczynając od lewej nogi, przełożyłam obie kończyny przez wnękę w ścianie i boleśnie upadłam na wilgotną od rosy trawę. Kiedy jakimś cudem udało mi się podnieść, obrzuciłam wzrokiem całą posiadłość.
W którymś z tych pomieszczeń zapewne śpi Louis. Wyobraziłam sobie, jak jego włosy opadł mu na czoło, jak z jego ust wydobywa się ciche pochrapywanie. Ciekawiło mnie o czym śni. Ale po chwili przypomniałam sobie, do jakiego stanu mnie doprowadził. 
- Nigdy ci tego nie wybaczę - on nie miał tego usłyszeć, bardziej zapewniłam o tym samą siebie. 
Zmrużyłam oczy, zacisnęłam pięści i ignorując monumentalny ból głowy, zniknęłam w gęstym lesie.

~Godzinę później~

- Niech mi pan pomoże. - sapnęłam opierając się o odsuniętą szybę.
Mustang świecił się w blasku wschodzącego słońca, jego kierowca patrzył na mnie z niemałym zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. Był przystojnym blondynem o brązowych oczach. Tylko tyle zdołałam ujrzeć, gdyż moje zmęczone powieki ciągle próbowały się zamknąć.
- Chryste! Co ci się stało?! - wrzasnął i podbiegł do mnie, opuszczając wcześniej pojazd.
Owinął moją rękę wokół swojego biodra, a ramieniem podtrzymywał moje wiotkie ciało, kiedy wsadzał je na przednie siedzenie. Czując pod sobą miękki fotel, odetchnęłam z ulgą. Wtedy nasze spojrzenia spotkały się, chłopak zmarszczył czoło i ułożył usta w idealną literkę "o".
- Znam cię... czy ty nie jesteś Evie Martin? Ta uprowadzona dziewczyna z Anglii? 
Nagrodę za największą spostrzegawczość i najcudowniejsze wyczucie czasu otrzymuje ten pan! Gratulujemy!  
- Tak. Błagam jedźmy już. - przełknęłam ślinę, która od dłużej chwili zalegała w gardle - Zaraz zorientują się, że im uciekłam.
- J-już jedziemy! - jego dłonie drżały, kiedy przekręcał kluczyk w stacyjce. 
Wystarczyło sekunda, a piękna willa zniknęła z moich oczy, a zastąpiła ją podłużna autostrada. Czy to znaczyło, że chociaż na chwilę mogę odetchnąć?
To, że byłam śpiąca, to mało powiedziane. Ja powoli traciłam przytomność. Było to wynikiem albo zmęczenia, albo utraty sporej ilości krwi. Do tego dochodził szok.
- Wszędzie o tobie mówią. Każda stacja nadaje nowości związane z twoim porwaniem. - nowości? jakie nowości? - W niektórych kościołach odbywają się msze za ciebie. Ludzie modlą się, żeby ci pojebani dilerzy w końcu cię wypuścili. A tu proszę, wracam z imprezy i natrafiam akurat na ciebie. - widząc moją zmieszaną minę, kontynuował. - Znaczy.. przepraszam. Zawsze gadam co mi ślina na język przyniesie. Nie bierz tego do siebie. 
Zapadłam niezręczna cisza. Wsłuchiwałam się w dźwięk kół obijających o beton.
- Dziewczyno, jak tobie się to udało? Jeszcze wczoraj słyszałem, że ten cały Tomlinson zabił trzydzieści pięć osób, a ty tak po prostu zwiałaś?
Tak, zwiałam. Tomlinson zakochał się we mnie, stracił czujność, a potem pobił mnie, co tylko umocniło mnie w przekonaniu, że muszę stamtąd wiać. Ale jak mu o tym powiedzieć, żeby nic nie podejrzewał? 
- Zostawili otwarte okno. - skłamałam.
- Gratuluję. - odwrócił wzrok od jezdni i wydął usta. - Kurwa, nieźle cię zmasakrowali. Co za chore dupki. Najpierw do szpitala. Potem na policję. 
Nie wiedziałam co powiedzieć. Ten chłopak może nawet nie jest świadomy tego, że uratował mi życie. 
- Dziękuje. - próbowałam zatrzymać łzy, które kłębiły się na moich rzęsach. - Gdyby nie ty, dorwaliby mnie.
Mój wzrok przykuł wiszący na lusterku mały breloczek. Kiwał się w przód i w tył, więc trudno mi było dostrzec napis wyryta na jego złotej płycie, ale w końcu mi się to udało. Oliver.
Dlaczego każdy mężczyzna, który mnie ratuje, musi mieć na imię Oliver?!
Tak więc Oliver ściszył radio, z którego powoli wydobywała się stara piosenka Rollins Stonesów. To dało mi wolną rękę do odpłynięcia w krainie Morfeusza.


Kiedy zatrzymaliśmy się pod Szpitalem św. Jerzego, Oliver wziął mnie na ręce i zaniósł do wnętrza budynku. Nie mogłam iść o własnych siłach, gdyż wciąż nasilająca się migrena wywoływała u mnie zbyt duży ból i mdłości. 
Wewnątrz pachniało prażoną kawą i czymś, czym zawsze cuchnęło w szpitalu - mieszanina leków, chorób i środków do dezynfekcji. 
Pielęgniarka w recepcji rozmawiała przez telefon, ale gdy tylko nas ujrzała, odłożyła słuchawkę.
- Co się stało?! - krzyknęła i podbiegła do mnie. Sprawdziła mi puls i przeniosła zatroskane spojrzenie na chłopaka. - Czy to Evie Martin?
- Tak, znalazłem ją po drodze do domu, jest kompletnie pobita. Zróbcie coś.
- Wołam lekarza. Usiądźcie na tamtych krzesłach. - szczupłym palcem wskazała rząd czerwonych foteli i pognała w przeciwnym kierunku. 
Czułam na sobie spojrzenia kilkunastu par oczy, wszyscy szeptali moje imię, kilkoro ludzi wpadło na pomysł zadzwonienia na policję. Choć sądzę, że ktoś już to zrobił. Usiedliśmy, a mi od razu zrobiło się lepiej.
- Dzięki, Oliver. - rzekłam kiedy ujrzałam, że wcześniej zawołany lekarz już do nas biegł.
- Olvier? - zmarszczył czoło i zaśmiał się szczerze. - Na imię mi Kenny.
- Och.- czy to nie dziwne? - Przez twój breloczek myślałam..
- Kiedy kupiłem auto, on już tam wisiał. - uśmiechnął się i pocieszająco chwycił mnie za dłoń. - Ej. Nie zapomnij wspomnieć o mnie w wywiadzie! Kenny Grant.
Oboje się zaśmialiśmy. Kenny Grant. Człowiek, który uratował mi życie. Na pewno zapamiętam. 
- Jeszcze się spotkamy, będą chcieli cię przesłuchać. Wtedy będę wyglądać dużo lepiej i na pewno podziękuje ci, jak należy. - bełkotałam bez sensu.
Kiedy Kenny wyszedł, lekarz wraz z asystom kilku pielęgniarek zabrali mnie na badania, następnie zszyli moje rany i oczyścili inne zadrapania. Policja pojawiła się niedługo potem. Wraz z nią setki dziennikarzy, którzy tarasowali wejście do szpitala. 
- Jak się czujesz, Evie? - zapytał jeden z funkcjonariuszy - Jak udało ci się uciec?
Naprawdę, jedyne o czym marzyłam to opowiadać o tym wszystkim właśnie tutaj i właśnie teraz.
- Jesteśmy przeszczęśliwi, że jesteś cała i zdrowa. Twoi rodzice już tutaj jadą, nie musisz się o to martwić. - policjantka uścisnęła życzliwie moje ramię, myślałam, że odejdzie i nareszcie będę mogła odpocząć, lecz on ponownie na mnie spojrzała - Złapiemy ich. Obiecuję. 
Czy właśnie nie to samo obiecywali moim rodzicom, kiedy ponad miesiąc temu zostałam porwana? "Znajdziemy państwa córkę, dajcie nam kilka dni na ustalenie faktów.", "Na pewno jest cała i zdrowa" 
Tak naprawdę, dopiero teraz mogłam odetchnąć z ulgą. W końcu byłam bezpieczna. Z dala od Louisa, z dala o tych wszystkich popaprańców. Pytanie brzmiało czy właśnie tego chciałam? Życia bez niego? Przecież coś do niego czuję, nie jest to odraza, jaka była na początku, ani kompletne przerażenie. To taka mieszanka strachu i miłości. Tak to widzę. 


Drzwi ponownie się otworzyły, do środka wpadło zielonkawe światło z korytarza, więc zasłoniłam oczy dłonią.
- Evie. - usłyszałam szloch. - Moje dziecko.
Mama uklękła obok mnie i płakała wtulona w moją rękę. Gdybym tylko miała siłę, pewnie też zalałabym się łzami. Zamiast tego ułożyłam swą dłoń na jej policzku, po tak długim czasie mogłam poczuć jej bliskość.
- Gdzie tata? 
- Rozmawia z policją, kochanie. - spojrzała na mnie, jej zazwyczaj idealnie umalowana twarz, dzisiaj wyglądała na zmęczoną. - Jezu, co te dranie ci zrobili.
Zapewne mówiła o zszytym czole i brwi, poobijanym nosie i żebrach, poobdzieranych kończynach. Musiałam wyglądać okropnie.
- Tęskniłam mamo. - rzekłam - Zawołaj tatę, jego też chcę zobaczyć.
Już chwilę później mój ojciec stanął w drzwiach, westchnął i podbiegł do nas.
Przytulił mnie tak, jakby robił to pierwszy raz od kilku lat. To dało mi siłę, jakiej potrzebowałam. 
- Moje słoneczko. To wszystko moja wina. Gdybym wtedy go nie zamknął, to wszystko by się nie stało.
- Tato, to nie jest twoja wina. 
- Ten drań...
Nagle poczułam ucisk na serce, który zawiązywał się niczym sznur. Chciałam powiedzieć: "Nie mów tak na niego", ale to oznaczałoby, że go bronię, a wtedy zadawaliby mi niepotrzebne pytania, na które nie umiałabym skłamać, wszystko wyszłoby na jaw. Trafiłabym za kratki za zabicie Tylera Brooksa, ludzie znienawidziliby zarówno mnie, jak i rodziców. Wszystko byłoby skończone.
- To naprawdę drań. - powiedziałam i ukryłam twarz w materiale kołdry. 
Nikt nie może się dowiedzieć. 
 

  ________________________________________________________

 * Światowej sławy biegaczka. 

Heeej :3
A teraz szybko meldować Ann. kto nie spodziewał się ucieczki? :D
Z tego co poinformowała mnie koleżanka, myślała, że Louis przeprosi Evie i wszystko wróci do normy po mniej więcej godzinnym fochu.
A tu taka sytuacja XDD
Mam nadzieję, że zadowoliłam was tym rozdziałem, bo przyznam, że miałam z nim niemały problem. Zwłaszcza z pierwszą częścią podzieloną na teraz/wcześniej. 
Podołałam? 
Liczę na duuuużą ilość komentarzy, bo chyba każdy przyzna, że w 19-stce dużo się dzieje ;))
Więc tak - udanej majówki, bo wątpię, że w ciągu tych kilku dni coś dodam.
Kocham, xx
  PS: Będzie mi bardzo miło - jeśli piszesz na tt o Uncivil, dodaj: #uncivilpl
PS.S: Zapraszam na mojego bloga z recenzjami! KLIK